… czyli co jest przyczyną mojej nieco innej postawy?

Roztoczę tu opowieść własną, przeplataną komentowaniem sprawy, trzeba przyznać Wielkiego Otwarcia Muzeum Emigracji w budynku Dworca Morskiego w Gdyni, 16-go maja, Anno Domini 2015. Powiedziałbym, którego naprawdę głównym bohaterem był inicjator jego powstania – prezydent Gdyni Wojciech Szczurek.

Wielki tego dnia wygrany - prezydent Gdyni Wojciech Szczurek

Wielki tego dnia wygrany – prezydent Gdyni Wojciech Szczurek

Ano spędziłem na morzach i oceanach świata kilkanaście lat mojego żywota. Tak się złożyło, że w pierwszy rejs i od razu do Kanady, popłynąłem naszym ówczesnym transatlantykiem „Stefan Batory” – startując do tych morskich przeżyć z Dworca Morskiego w Gdyni… Znaczy, nie jako pasażer czy czający się po cichutku emigrant. Do roboty – niełatwa praktyka studenta Wyższej Szkoły Morskiej w Dziale Hotelowym. Było to 10 sierpnia 1983 roku, tuż po zniesieniu stanu wojennego w naszym pięknym kraju. Ledwo statek przybił do kei terminalu pasażerskiego w Montrealu, zaraz można było zobaczyć opierających się na poręczach ze łzami w oczach naszych marynarzy (należących wcześniej do załogi tego statku), którzy niekoniecznie z zaplanowanej własnej woli, ale na skutek czy to ostrzeżeń, czy też obaw przed powrotem do kraju, gdzie właśnie wprowadzono stan wojenny – po prostu wybrali zejście na ląd tam, gdzie ludziom oferowali w sumie niewiele, bo normalne, ludzkie traktowanie – zamykając sobie tym samym praktycznie drogę powrotną do Polski. I właśnie Ci, patrzący na nas z balkonów nie ukrywali tęsknoty i żalu za krajem, widać było niemożliwe do opanowania łzy… Kanada przyjęła ich, ale postawiła też warunki adaptacyjne wraz z nauką języka, często też nowego zawodu – niestety nie wszyscy mogli temu podołać… Myślę, że wielkie to były rozterki.

2015_05_16_otwarcie_me_019

Zanim zaproszono gości do środka nowego muzeum, po przemówieniach, odsłonięcia tablicy dedykowanej profesorowi Zbigniewowi Brzezińskiemu dokonali prezydent Wojciech Szczurek i Marszałek Senatu RP Bogdan Borusewicz

W Montrealu odwiedziła mnie koleżanka z licealnej klasy, z ostatniej „przedwojennej” matury, roku 1981 – emigrantka z wyboru, przekonania i wychowania w braku akceptacji dla obowiązującego w Polsce systemu politycznego (korespondujemy do dzisiaj). Przyjechała z Toronto – miasta słynącego do dzisiaj ze swojej wielokulturowej społeczności. Przyjechała w towarzystwie innej emigrantki, mieszkanki Montrealu – młodej 16-letniej dziewczyny, która trafiła tu z racji wybranej przez rodziców zastępczej ewakuacji – pamiętacie? – jeśli nie chcesz internowania – my (znaczy władza ludowa) pozwolimy ci opuścić nasz kraj… Problem polegał na tym, że nie chciała się odzywać. Kiedy zapytałem dlaczego – dowiedziałem się, że ze wstydu – po dwóch latach pobytu w Kanadzie zapomniała prawie zupełnie języka polskiego i bardzo go już kaleczyła (zakładam, że duże znaczenie musiał tu mieć wpływ rodziców, którzy coś jakby celowo zaniedbali). Później, w trakcie moich niejednokrotnych odwiedzin ziemi amerykańskiej, szczególnie okolic Wielkich Jezior, nieraz spotykałem naszych „uchodźców” – szczególnie (co należy podkreślać) roku 1982 – którym przez kilka lat pobytu na obcej ziemi zupełnie odebrało zdolność do mówienia w języku przodków. Nabrali natomiast szczególnej zdolności do angielskiego akcentowania znajomo brzmiących wyrazów… Charakterystyczne było też wzajemne skłócenie tej grupy, dość powszechna zawiść i zazdrość o stan majątkowego posiadania…

2015_05_16_otwarcie_me_196

Osobista korespondencja z papieżem Janem Pawłem II – przekazana w darze przez Zbigniewa Brzezińskiego

Wracając do mojego pierwszego kontaktu z morzem, pierwszych objawów morskiej choroby, zmuszania się do pracy mimo fatalnego samopoczucia, szarpanego „bujania” małych mórz czy dostojnego, wielkopańskiego przelewania się ogromnych atlantyckich fal. Otóż wróciłem do kraju, z którego wypłynąłem, mimo pytania, które w tej pięknej Kanadzie padło – „Czy może chciałbyś tu zostać – pomożemy – zostajesz?” Nie chciałem, myślałem, że skoro Polska to mój kraj, to jakoś tu w nim musi być… i chcę do niego wracać! Nie muszę dodawać, że z przyczyn zrozumiałych – obie na pokład „Stefana Batorego” wówczas nie weszły…

2015_05_16_otwarcie_me_030

Z tego pierwszego rejsu mało brakowało, abym do mojego kraju jednak nie wrócił. I to nie jako emigrant – raczej po dość mało przemyślanej decyzji przełożonego, podczas sztormu przy górnej kresce 12. stopniowej skali – niewiele trzeba było i skończyłbym jako prowiant ryb oceanicznych. Udało się jednak, wielka fala weszła, zatopiła mnie i dwóch moich kolegów do połowy i sobie poszła, pozwalając nam zostać na pokładzie…

2015_05_16_otwarcie_me_055

Spotykałem też na amerykańskiej ziemi Polonię przez duże „P”. Ludzi działających w polonijnych klubach, pielęgnujących tradycje, mówiących nienaganną polszczyzną – z wyraźną tęsknotą za ziemią, z której musieli odejść – Ludzi z Armii Generała Andersa. Jednak nie chcieli mieć niczego wspólnego z emigracją roku 1982… Oczywiście nie chcę, i nawet nie powinienem tu niczego generalizować, mając przekonanie, że nie wszyscy ludzie są źli i nie wszystko osobiście zobaczyłem…

2015_05_16_otwarcie_me_083

Nadarzyła mi się możliwość wspólnego zdjęcia razem z kapitanem ż. w. Hieronimem Majek – należącym do elitarnej, niewielkiej grupy dowódców naszego pasażera „Stefana Batorego”, a wcześniej Starszego Oficera na „Batorym” – pomógł mi w tym Tadeusz Łomiński

Na drugi dzień po powrocie i zacumowaniu statku przy Nabrzeżu Francuskim, spóźniłem się na śniadanie. Cierpiący i głodny (wszystkie dostępne na statku miejsca żywieniowe były już skrzętnie pozamykane – przecież statek wrócił do kraju i trzeba było bronić prowiantu przed rodakami z lądu – a wiele portowych służb wówczas chętnie żywiło się w tak przednim miejscu) – poszedłem na Dworzec Morski, usiadłem „za pięć otwarcie” na ławce przy sklepie spożywczym (dzisiaj podczas otwarcia Muzeum Emigracji przy biurze prasowym), i jako „obywatel świata” spokojnie czekałem żeby kupić bułkę i coś do niej. Niestety, niepomny realiów naszego kraju (wróciłem przecież z łatwo przyswajalnej normalności), nawet się nie spostrzegłem, kiedy zaroiło się od ludzi przy wejściu (okazało się, że wędlinę bez kartek rzucili…), a że nikt by mi nie uwierzył, że byłem tu pierwszy – kupiłem tę moją bułkę dopiero po dobrej godzinie … (znaczy nie był to kontener z wędlinami – raczej ściśle odmierzana, jedno-kilogramowa porcja dla ok. 30 osób…). Miałem też maleńką chwilę radości zaraz po przybiciu statku do kei i masowej dla wszystkich odprawie celnej w Dworcu Morskim – kiedy to moją własną, drobną potyczkę z Urzędem Celnym wygrałem…, odkrywając w sobie przemytnicze zdolności…

2015_05_16_otwarcie_me_089

Dyrektor ME Karolina Grabowicz-Matyjas i prezydent Wojciech Szczurek nie byli w stanie ukryć swojej radości

Miałem też dziadka – emigranta, obywatela Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Nazywał się Leonard Jafra. Wyemigrował w roku 1910 i budował, jeszcze przy użyciu drewna – nadbudówki legendarnego Forda model T – w fabryce samochodów w Detroit. (Na zdjęciach poniżej Ford model T z roku 1920 – można go zobaczyć w prywatnym muzeum samochodów w Karlskronie).

Podczas pierwszej wojny światowej brał w niej udział, jako żołnierz Armii Stanów Zjednoczonych. Wrócił do Polski w roku 1930, będąc dość zamożnym człowiekiem. Potem II wojna, wywózka na roboty do Niemiec (pod Bytów znaczy się…), straty i życie „kułaka”, przy posiadaniu krowy i siedmiu hektarów ziemi. Aż do lat 70-tych, kiedy to po przemyceniu do ambasady amerykańskiej wojennego „nieśmiertelnika”, zaczął od amerykańskiego rządu pobierać wojskową emeryturę (czy też rentę – dzisiaj już nie kojarzę), w wys. 200 USD na miesiąc. Mimo, iż nasz ludowy rząd przeliczał mu dwie trzecie po państwowym kursie 33,3 zł za dolar (czarny rynek wtedy płacił ok. 100 zł.), a jedną trzecią wypłacał w bonach Pewexu – był wtedy całkiem dobrze zarabiającym emerytem. I pokazał mi kiedyś słoik i powiedział: „Zobacz – zbieram tu dwudziestozłotówki na moją trumnę …„, ale szybko dodał: „… nie ma tu ani jednej z Nowotką (miał wtedy, w latach 70-tych Marceli Nowotko swoje „dwie dychy”) – bo ten bolszewik trumny mi kupował nie będzie…!

Później, już po studiach i przyjęciu się do pracy – tu właśnie na Dworcu Morskim, w biurze załogowym gdyńskiego oddziału Polskiej Żeglugi Morskiej ze Szczecina – swoje przydziały na statki odbierałem.

2015_05_16_otwarcie_me_066

Główną atrakcją ME będzie model ts/s „Batory”, wykonany w skali 1:10, dzisiaj jeszcze w raczej stoczniowej inscenizacji

I dlatego właśnie to miejsce, od początku z morzem kontaktów, moim oknem na świat było. I myślę, że nie jestem jedynym, który to miejsce tak postrzega. I nie jestem jedynym, którego marzeniem jest, aby z tego miejsca znowu polskie statki pasażerskie odchodziły. Pamiętać należy, że w latach międzywojennych, a dokładniej ledwie przez kilka lat trzydziestych tę polską flotę pasażerską zbudowano. I nie było to tylko ostatnie miejsce na polskiej ziemi, którego polscy emigranci przed ewakuacją z kraju (albo dość masowym dawaniem dyla w poszukiwaniu lepszego jutra, czy innego miejsca w świecie) swymi stopy dotykali – było to również, a może przede wszystkim, miejsce, w którym polski armator swój biznes nieźle rozwijał. I dlatego właśnie dzisiejsze, z wielkim widocznym i namacalnym sukcesem prezydenta Wojciecha Szczurka, dyrektor Muzeum Karoliny Grabowicz-Matyjas oraz całej muzealnej ekipy przeprowadzone otwarcie Muzeum Emigracji lekko mi to moje okno na świat żaluzją zakryło.

Oczywiście dzisiejsze statki pasażerskie pociągają za sobą nierównomiernie wyższe wydatki związane z ich budową i znacznie trudniej nową jednostką wbić się w rynek pasażerskich przewozów światowych – ale chcieć to móc. Dlatego bardzo chciałbym Was zarazić tę moją „idee fixe” i zachęcić do myślenia, jak tu chociaż jeden taki statek na początek wskrzesić, póki mamy jeszcze, aczkolwiek nieporównywalnie mniejszej obecnie zasobności armatora (wyrugowanego z siedzibą do swego dawnego marynarskiego hotelu), który tę naszą morską tradycję byłby w stanie kontynuować. 20-milionowa Emigracjo Polska – miałabyś tu coś do powiedzenia? Czyż możemy mówić o pielęgnowaniu i budowie Polski Morskiej bez posiadania floty? Czy też niedługo zamkniemy ją w legendę i osadzimy w kolejnym muzeum? Moim zdaniem dbałość o zdarzenia historyczne powinna iść równolegle z myśleniem o dalszym tej historii ciągu.

Z pewną nutką nadziei odebrałem wiadomość, którą prezydent Gdyni podczas „briefingu” (jedno z łatwo przyswajalnych, chociaż trudniejszych do polskiego znaczeniowego tłumaczenia słów obcych) prasowego przekazał. Otóż umowa z Portem w Gdyni (właścicielem Dworca Morskiego) o wynajem tego miejsca została podpisana na następnych 30 lat. Tli się więc iskierka nadziei, że w trakcie tych lat powstanie, wbrew przekonaniom sceptycznie nastawionych nowa polska flota, a ja chciałbym tego momentu dożyć…

2015_05_16_otwarcie_me_095

A samo otwarcie Muzeum Emigracji? Zrobiło na mnie wielkie i raczej bardzo pozytywne wrażenie. Nie może umknąć uwadze odbudowanie, po wieloletniej niemocy fragmentu zawieruchą wojenną zniszczonej pierwotnej elewacji. Nie może ujść uwadze, że z wieloletniego braku pomysłu po sprzedaży ostatniego naszego „linku” (znaczy znowu neologizm…) pasażerskiego z Ameryką – „Stefana Batorego” – postanowiono magazyn meblowy jednak zamienić na coś bardziej dla ludzi przyjaznego i użytecznego. Nie widziałem tam też, w miarę możliwości po dokładnym przyjrzeniu się wnętrzom nigdzie „starych gaci” (mimo, że walizki z epoki dostrzegłem…).

Widziałem błyski poparcia i zadowolenia ze strony przybyłych na pierwsze w okolicach południa otwarcie. Przysłuchiwałem się nagranemu przemówieniu Zbigniewa Brzezińskiego, który z racji zdrowotnych przybyć tu nie mógł, a któremu specjalnie dedykowaną tablicę odsłonięto. Słuchałem gratulacji i przemówienia Bogdana Borusewicza. Starałem się uwidocznić na zdjęciach wszystkich ważnych i znanych ludzi na to otwarcie przybyłych.

Wreszcie patrzyłem na miny, radość i entuzjazm uczestników popołudniowego dla ludu miasta Gdyni i turystów otwarcia oraz zapał towarzyszący chęci poznania Muzeum od wnętrza. Wnętrza wartego, z tego co usłyszałem 16 milionów (plus remont budynku za 24 mln. – oczywiście przy wydatnym wsparciu środków unijnych). Wnętrza, które ma się czym chwalić, naszpikowanego nowoczesną technologicznie formą wirtualnego przekazu, zdjęciami i filmami opowiadającymi o losach tych, którzy to emigracyjne życie wybrali, bądź zmuszeni byli wybrać. Jak mówią twórcy tego przedsięwzięcia: „Łączymy historie” (dodając, że bez analizowania przyczyn, a raczej dla ich udokumentowania i opowiedzenia).

2015_05_16_otwarcie_me_100

Generalnie nie będąc przeciwnikiem idei muzeum, mając jednak nieco inne spojrzenie na jego lokalizację, przyłączam się zatem do gratulacji z osiągniętego sukcesu, bo tym niewątpliwie stał się moment otwarcia. I to jest właśnie to moje tytułowe „za”…

2015_05_16_otwarcie_me_121

A na koniec wszystkim Wam z całego serca życzę, aby do podróży drogą morską zachęcały Was znowu plakaty, takie, jak ten prezentowany poniżej, mający dzisiaj jedynie muzealną i sentymentalną wartość.

2015_05_16_otwarcie_me_168

Tekst i zdjęcia: Cezary Spigarski oraz gościnnie Tadeusz Łomiński