W najnowszym, styczniowym numerze pomorskiej edycji miesięcznika „Nasza historia” ukazał się interesujący tekst o przedstawionym wyżej tytule, który napisał współpracujący z Fundacją Ryszard Leszczyński. Autor wydanych przez naszą oficynę monografii: „Tragedie rybackiego morza” i „Ginące frachtowce” oraz przygotowywanej do druku pracy „Katastrofy i wypadki morskie floty pomocniczej Polskiej Marynarki Handlowej 1927-2015”. Przywoływany tu artykuł jest opowieścią o Henryku Piotrze Cywińskim. Wysokiej rangi oficerze carskiej floty, który – jak przeczytać można w periodyku – nigdy nie zapomniał, że jest Polakiem, powinowatym uczestników powstania styczniowego, choć przyszło mu pełnić służbę w roli „sumiennego najemnika” sił zbrojnych zaborcy. Honorowanego najwyższymi odznaczeniami państwowymi weterana oceanicznych szlaków, który blisko pół wieku spędził na morzu.

henryk-cywinski-3

Pradziad Aleksandra Juniewicza wiceadmirał Henryk Piotr Cywiński (1855-1938)

Ale życie admirała – nie wnikając zbyt głęboko w treść omawianego artykułu, a jedynie zachęcając do lektury – to przede wszystkim interesująca historia tamtych dni. Dzieje jego zmagań z żywiołem i przeciwnościami losu, przypominanych tu w dużej części przez prawnuka admirała, sopocianina, emerytowanego kapitana żeglugi wielkiej Aleksandra Juniewicza.

aleks-juniewicz-1963_pop

Aleksander Juniewicz w roku 1963 i poniżej 52 lata później – 3 września 2015 roku podczas spotkania z rocznikiem kapitanów 1963/64 w Sznurkach

Aleksander Juniewicz w roku 1963 i obok 52 lata później - tu 3 września 2015 roku podczas spotkania z rocznikiem kapitanów 1963/64 w Sznurkach

To zapis bolesnych tragedii osobistych admirała, których los nie chciał szczędzić mu, a nawet obdarzał go nimi w nadmiarze. Cywiński stracił bowiem na morzu nie tylko obu synów (jeden zginął na pancerniku „Borodino” w roku 1905 w pierwszej fazie bitwy pod Cuszimą, drugi na krążowniku „Pallada” w październiku 1914, po ataku torpedowym niemieckiego okrętu „U-26”), ale też – będąc u schyłku życia, mając 77 lat – ukochanego wnuka. Syna córki Natalii i swojego długoletniego adiutanta, absolwenta Wydziału Nawigacyjnego Państwowej Szkoły Morskiej w Gdyni w roku 1930, starszego marynarza s/s „Pułaski” Aleksandra Niejołowa. Liczącego zaledwie 23 lata młodzieńca, który 12 lutego 1932 roku, około godziny 09.40, w czasie przejścia wodami Sundu z Kopenhagi do Nowego Jorku, w chwili obciągania brezentów okrywających jedną z szalup znalazł się za burtą. Niestety, pomimo natychmiastowego ogłoszenia alarmu, zatrzymania dowodzonego przez kapitana Mamerta Stankiewicza transatlantyka i opuszczenia łodzi ratunkowych, trwające dwie godziny poszukiwania zaginionego nie przyniosły rezultatu.

aleksander-niejolow-2_pop

Rok 1930, Aleksander Niejołow jeszcze w mundurze ucznia Szkoły Morskiej

Przeglądając karty naszych dziejów zadawania się z morzem, powinno się zatem zauważyć, bo o tym Autor przytaczanego artykułu nie wspomina, że Aleksander Niejołow był drugim absolwentem tczewsko-gdyńskiej Alma Mater, który zginął pełniąc obowiązki służbowe na statku, a jego nazwisko wymieniane jest podczas grudniowego Święta Szkoły i corocznych Apeli Pamięci. Uświęconych długoletnią tradycją uroczystościach, które nie tylko uzmysławiają fakt przemijania, ale i nie pozwalają zapomnieć o tych, których przypominać należy.

003_pop

Pismo dyrektora Polskiego Transatlantyckiego Towarzystwa Okrętowego do matki Aleksandra Niejołowa, informujące o śmierci syna

Utrwalając postać Aleksandra Niejołowa nie sposób jednak pominąć tego, który niecałe pół roku wcześniej listę strat osobowych – według uwiecznionych w archiwaliach źródeł – otwiera. Tym pierwszym był bowiem młody nawigator, kolega z tego samego rocznika (1930), drugi oficer parowca spółki Polskarob „Robur V” Antoni Pełka, który 29 sierpnia 1931 roku o godzinie 23.30, w Gdyni, w trakcie odchodzenia od nabrzeża Holenderskiego wypadł z zakola rufowego za burtę. Także i tu podjęto błyskawiczną, zainicjowaną przez załogę statku akcję, rzucono koło ratunkowe i pasy, ale przedstawione poczynania nic nie dały. Mężczyzna utonął. W dniu wypadku kapitanem węglowca był Zbigniew Dey-Deyczakowski, absolwent pierwszego rocznika Szkoły Morskiej w Tczewie (ertel).

nasza-historia-01-2017_m

Okładka styczniowego numeru „Naszej Historii”