Jest niedziela, 16 lipca br., popołudnie połączone z wręczaniem pucharów dla zwycięzców w poszczególnych klasach na Volvo Gdynia Sailing Days. Jestem tam, obserwuję z aparatem to wydarzenie. Jest też red. Bohdan Sienkiewicz, podekscytowany – ma „newsa” – „El-Mellah” poszedł w próby, w środę będą stawiać żagle, „wsiadamy na motorówkę”, mówi – „znaczy musimy się postarać – będę wiedział więcej we wtorek”. OK! Czekam cierpliwie. Wtorek – telefon – kiepsko, nie ma motorówki – co dalej? Instynkt mówi – trzeba tam być – warto, jedyna taka okazja, żaglowiec pierwszy raz gotowy na głębokiej wodzie – „nówka spod igły”.

Dzwonię w jedno miejsce – nie mogą, dzień już zaplanowany, w drugie – podobnie, w trzecie – nie odebrali… Pod czaszką kłębią się myśli, jedna dość nieśmiała zaczyna się rozwijać – trudno – dzwonię. „Prezesie, szukam wsparcia, jest tak i tak…” – rozwijam się mówiąc o co chodzi. „Dobra – słyszę – oddzwonię za godzinę” odpowiada mi prezes PoZŻ Bogusław Witkowski. Reakcja – błysk, mija ok. 15 minut, dzwoni kapitan Leopold Naskrętjedziemy jachtem „Allie” – będziemy jutro na „stand bay-u” i zobaczymy, jak rozwinie się sytuacja.

Jest środa, 19 bm. – od rana grzeją się słuchawki – są w próbach, chcą rozwinąć żagle, ale też szukają wiatru – mało go dzisiaj – nawet Optymisty na Volvo Gdynia Sailing Days odraczają czasy startu.

Są wiadomości – ruszamy na s/y „Allie” ok. 13.15. Są emocje – czy go dojdziemy, czy nam nie ucieknie na Bałtyk? Ciągły kontakt red. Sienkiewicza z zaprzyjaźnionym z nim twórcą żaglowca – Zygmuntem Choreniem, będącym na pokładzie. Jadą 7 węzłów – my ok. 6… Za chwilę stoją w dryfie – jest szansa, humory lepsze. Za moment znowu jadą szybciej… Jednak każde wyjrzenie przed dziób jachtu zbliża do nas sylwetkę żaglowca – chyba jest dobrze…

Na zewnątrz – piękna, słoneczna pogoda, prawie bez wiatru…, rześkie, ostre powietrze – czynniki, które tak lubię podczas robienia zdjęć (znaczy żeglarze lubią to mniej). No i jest! Blisko, coraz bliżej – zaczyna być „zdjęciowo”.

Czekamy, robimy zdjęcia, jednak to najważniejsze i najładniejsze widowisko nie dochodzi do skutku. No cóż… – mała przykrość. Okazuje się, że poziom wyszkolenia obecnych na burcie kadetów jeszcze budzi obawy kapitana – nie są do tego gotowi – bezpieczeństwo na pierwszym miejscu. Zresztą i ruch na wantach wcześniej niezbyt duży – niewielu widać wspinających się po nich. Nic na siłę – przed nimi jeszcze kawałek morskiej, żeglarskiej zaprawy… Jednak, specjalnie dla nas – rozwijają sztaksle, i jakby nie było, w tym momencie stanowimy pierwszą ekipę na świecie, która mogła to zobaczyć na morzu!

Tekst i zdjęcia: Cezary Spigarski