W miniony wtorek, 9 maja 2017 roku, w tradycyjnie gościnnych progach gdyńskiego Muzeum Marynarki Wojennej miało miejsce dość niezwykłe, dla wielu marynistów niezapomniane spotkanie. Zebrani w sali audytoryjnej mieli bowiem możność poznania i wysłuchania morskich opowieści Jerzego Tarasiewicza. Jednego z dwóch członków legendarnej wyprawy (mieszkający w Łodzi kapitan Janusz Misiewicz ze względu na stan zdrowia nie mógł pojawić się w Gdyni), która szalupą „Chatka Puchatków” pokonała Atlantyk, casus ten zapisując w annałach historii żeglarstwa 58 lat temu. Ogrom czasu, który od tamtego wydarzenia minął, zdawał się zatem zatrzeć jego kontury i ślady, dramatyczne epizody okryć cieniem głębokiej przeszłości, sprawić, że o tej spektakularnej i pionierskiej eskapadzie niewiele dziś wiemy. Mało kto o „puchatkach”, jak nazywano wówczas młodych, dzielnych żeglarzy, absolwentów Wydziału Nawigacyjnego Państwowej Szkoły Morskiej w Gdyni, pamięta.

Jerzy Tarasiewicz tuż przed spotkaniem w Auli MMW

Przybyłych witał dyrektor MMW Tomasz Miegoń. To dzięki jego, po otrzymanym sygnale, zainteresowaniu sprawą łodzi i jej miejsca składowania – udało się muzealnej ekipie znaleźć ją i ocalić to, co dzisiaj z niej pozostało od zapomnienia

Zamierzając przywołać okoliczności w jakich doszło do realizacji tej bezprecedensowej inicjatywy, należy cofnąć się do roku 1956. Do dni ukończenia szkoły i bałtyckiego rejsu, który miał być „przymiarką” do podróży na wody rozległego oceanu. Stanowiłby potwierdzenie, że nawet długa morska droga otwartą łodzią daje szanse przetrwania i dotarcia do zamierzonego celu. W sześciometrowej, zdjętej z motorowca „Generał Bem” szalupie, którą nazwano „Puchatek”, znalazło się więc czterech emanujących energią śmiałków: trzech dyplomowanych kilka tygodni wcześniej nawigatorów (inicjator pomysłu Jerzy Tarasiewicz, Janusz Misiewicz i – obecny na wtorkowym spotkaniu – Marian Kosecki) oraz (zmarły przed kilku laty) oficer elektryk – Kazimierz Rywelski, którzy postanowili wyruszyć na szlak wokół wyspy Gotland. Dążyli do zmierzenia się z żywiołem morza i własnymi słabościami, uwierzytelniając posiadaną wiedzę, która wymagała praktycznej weryfikacji i oceny.

Spotkanie prowadził red. Aleksander Gosk

Należy pamiętać, że był to rok 1956… – wtrącił kapitan Kosecki. – Okres, w którym czuło się wprawdzie powiew nadchodzącej „odwilży”, ale o wyjściu poza Zatokę Gdańską nie można było myśleć. My akurat, mając wsparcie dyrektora Szkoły Morskiej Jurewicza, naszych wykładowców, kapitanów Borchardta i Meissnera, czuliśmy się wybrańcami. Byliśmy pierwszą tego rodzaju jednostką, która wybierała się za granicę z Gdyni. Co zrozumiałe, wyprawa ta wiązała się z koniecznością uzyskania dziesiątków akceptacji i podkładek. Proszenia o pozwolenia i pozytywne parafki na dokumentach, jakkolwiek samo wydarzenie dość szybko nabrało niezwykłego charakteru i oddźwięku.

Dwutygodniowe żeglowanie, które miało swój początek 5 lipca, zwieńczone zostało sukcesem oraz zgodnym, stanowczo brzmiącym ustaleniem: za dwa lata w tym samym składzie i na „czymś podobnym” należy popłynąć dalej. Zdobyć Morze Północne, Atlantyk, przeprawić się na drugą stronę Wielkiej Wody.

Tak się złożyło – wspominał Tarasiewicz – że wiosną 1958 roku, a może nieco wcześniej, usuwano zdeklasowane szalupy z „Batorego”, w ich miejsce wstawiając łodzie z tworzyw sztucznych. Jedną z takich bezużytecznych szalup oddano w nasze ręce. Mieliśmy wraz z Misiewiczem, bo Rywelski zachorował, a Kosecki zmienił swoje plany, odmłodzić ją, przetaklować na kecz, przygotować do dalekiej i – co tu ukrywać – niecodziennej, jedynej w swoim rodzaju podróży. Musieliśmy też, wyjaśniając cel naszej ekspedycji, przekonać decydentów, że taka łódka jest środkiem ratunkowym, któremu można zaufać. Chcemy potwierdzić, że gdyby doszło do nieszczęścia, pozwoli przeżyć, ocalić rozbitkom życie. Przeciągnięta do Basenu Jachtowego szalupa, którą już wtedy nazwaliśmy „Chatka Puchatków” nie wyglądała na szczęście – pomimo swoich 22 lat – najgorzej. Miała cedrowe poszycie na dębowej stępce i takimż owręgowaniu, mierzyła ponad dziewięć metrów, a więc więcej od poprzedniej, no i dysponowała piękną linią, która odróżniała ją korzystnie od kształtów prezentowanych przez konstrukcje nowsze. Potem przyszła pora szycia żagli, organizowania map, przyrządów, lamp nawigacyjnych, baniaków na słodką wodę, ubrań, wreszcie – zapasów żywności. Prowiantu na co najmniej sześć, siedem miesięcy drogi.

Gdynię, po kilkakrotnym przekładaniu terminu i ponadpięciotygodniowym (w stosunku do planu) opóźnieniu, opuszczono w piątek, 8 sierpnia 1958 roku, namierzając się w stronę Bornholmu, przesmyku Falsterbo, a potem Kopenhagi, Helsingoru i szkierów Kattegatu. Żegluga przebiegała spokojnie, chwile flauty splatały się z dniami mocniejszych, wczesnojesiennych podmuchów, tyle że najbardziej dramatyczne epizody miały rozegrać się niebawem. Najpierw u zachodnich wybrzeży Jutlandii w pobliżu płytkowodzia Horns Reef i progu Morza Północnego, gdzie 11 września żeglarzy łapie beaufortowska „dziewiątka”. Potem w Cieśninie Kaletańskiej, a dokładniej na wejściu w kanał La Manche, po przeskoku do Dover i minięciu kredowego urwiska przylądka Beachy Head.

To było w nocy z 12 na 13 października… – mówił Tarasiewicz. – Byliśmy na wysokości Boulogne-sur-Mer. Sztormowanie okazywało się już bardzo trudne, jedna z fal nieomal wyrzuciła Janusza za burtę, wszystkie sprzęty i wnętrze „Chatki” zalane były wodą. Zaczęliśmy wybierać ją wiadrami, wiedząc, że to nasz ratunek. Droga ocalenia siebie. Po kilku godzinach przyszło zmęczenie. Poczuliśmy też przejmujący chłód. Trzęśliśmy się z zimna, zaprzątając głowę myślami, jak to wszystko wysuszyć, skoro najbliższe tygodnie nie rokują cieplejszej aury. Po wejściu do Boulogne zmuszeni zostaliśmy do pogodzenia się z rzeczywistością. Zrozumieliśmy, że taką łupiną o tej porze roku, w tych warunkach pogodowych, kanału La Manche sforsować się nie da. Powzięliśmy zatem decyzję zmiany naszej marszruty. Postanowiliśmy nabyć mały motorek, przedostać się do Calais i stąd kanałami i rzekami Francji dopłynąć na Morze Śródziemne. Przejść śródlądziem, wiedząc już, że do Marsylii czeka nas 225 śluz, ponad 100 niskich bądź zwodzonych mostów i około tysiąca kilometrów drogi.

Do mety i portu nad Zatoką Lwią żeglarze dotarli w świąteczne dni Bożego Narodzenia. Po pokonaniu Canal de Marseille-au-Rhone, odpoczynku w prowansalskiej metropolii, gdzie dokonano przeglądu i naprawy takielunku i żagli, czwartego stycznia ruszono dalej.

Zaraz po wydostaniu się na zatokę zaczęły się jednak kłopoty – kontynuował Tarasiewicz. – Najprawdopodobniej reporter, który fotografował nas w chwili zabierania się z Marsylii, podał do prasy informację, że goniona mistralem „Chatka” zatonęła tuż po zejściu z redy. Oczywiście tę sensacyjną notkę zamieściła miejscowa popołudniówka „La Provancal”, potem nowinka dotarła do PAP-u, w końcu przedrukowały ją polskie dzienniki, lokując na pierwszych stronach swych wydań. Co gorsze, wiadomość tą przekazano dowództwu francuskiej navy, które wysłało na poszukiwania patrolowiec. Ten odnalazł nas po tygodniu, wziął szalupę na hol, niszcząc zarazem jej lewą burtę, a Januszowi i mnie jeden z komandorów  zaproponował wejście na pokład i drogę do objętego wojną Algieru. Pomijając ocenę ich marynarskich umiejętności, Francuzi okazali się dżentelmenami. Po wystawnym przyjęciu, złożeniu wyrazów ubolewania za mało fortunną „akcję ratunkową”, naprawiono nam łódkę i po trzech bodaj dniach pożegnano. Dodam może, że w krajowej prasie znowu zrobiło się wokół „Chatki” głośno, tyle że tym razem nagłówki wszystkich gazet głosiły jedno: znalezieni!

Trawers gibraltarskiej skały pozostał za rufą późnym wieczorem 10 lutego. Teraz kierowano się na Maderę, stając na krótko w stołecznym Funchalu, by już 21 lutego, po 240 milowym „skoku” zawinąć do Santa Cruz de la Palma. Znaleźć chwilę oddechu, przysposobić się do najdłuższego etapu wyprawy, wejść z pasatem na routę, która zaprowadzi do Fort-de-France, na zachodnie krańce Martyniki. Pożegnanie urokliwych brzegów skrawka Wysp Kanaryjskich nastąpiło 26 lutego. Przez blisko tydzień nie działo się nic niezwykłego. Potem przyszła sztormowa „dziewiątka”, trzasnął maszt, wypiętrzona fala zabrała za burtę siedzącego przy sterze – szczęśliwie asekurowanego, przypiętego linką – Tarasiewicza. Po wyjaśnieniu sytuacji, mężczyźni ponownie sięgnęli po wiadra, resztą sił zabrali się za wyrzucanie ton wody, zaczęli poszukiwania zagubionego (bezpowrotnie, jak się okaże) kompasu. Później – delektując się zadowoleniem ze spokojnej gładzi oceanu, wszechobecnego ciepełka i pchającego w dobrą stronę, ciągnącego się wzdłuż równika prądu – nastał czas monotonnych wacht i wypatrywania zielonych brzegów pachnących słońcem Karaibów. Oczekiwania na dzień, kiedy „Chatka Puchatków” ukończy trawersatę i pokona atlantycką rozległość, którą wcześniej, choć w innym miejscu, przemierzała przez lata na eleganckim pokładzie „Batorego”.

Wyprawa dobiegła kresu wczesnym rankiem 2 kwietnia 1959 roku. Żeglarze zacumowali w basenie jacht klubu Fort-de-France, odpoczywali na wyspie przez miesiąc, później ich drogi i wędrówki okazywały się już różne. Janusz Misiewicz wykupił więc w biurze CGT bilet na „Fort Douquestne”, którym to statkiem popłynął do Europy. Tarasiewicz, po wykonaniu drobnych napraw postanowił podjąć wyzwanie morza i odbyć samotną podróż: zajść na Dominikę i Wyspę Św. Tomasza, a potem zawinąć do Puerto Rico. Chciał spełnić młodzieńcze marzenia, aby ukoronować wyprawę spotkaniem z mieszkającym w Ponce Władysławem Wagnerem, ale też posmakować żeglarskiej sławy. Zapisać się na kartach pamięci i zostać tym, który – oprócz przejścia „Chatką” przez Atlantyk – przepłynął pod żaglami 500 mil morskich, będąc sam jeden na łódce (przed nim dwukrotnie dłuższą trasę pokonał w 1936 roku jedynie Jerzy Weber, na jachcie „Farys”).

„Chatka Puchatków” powróciła do Polski na pokładzie „Oleśnicy”, zabrana z Nowego Orleanu – podsumowywał opowieść prowadzący spotkanie, red. Aleksander Goskgdzie została przetransportowana dzięki koneksjom Wagnera. Innym statkiem PLO, „Polanicą”, zabrał się z kolei Jerzy Tarasiewicz, choć do ponownego kontaktu żeglarzy i przyjaciół doszło dopiero pod koniec 1959 roku.

Moment nawiązania łączności telefonicznej z Januszem Misiewiczem

W kraju, nie powiem, uhonorowano nas właściwie… – dorzucił do historii „puchatków”, odbywający rekonwalescencję, kapitan Janusz Misiewicz, z którym red. Gosk nawiązał łączność telefoniczną. – Dostaliśmy więc Brązowy Krzyż Zasługi im. Janka Krasickiego i napisano o nas reportaż w „Sztandarze Młodych”. Prawdę mówiąc, pisali też inni, ale było tam tyle głupot i przeinaczeń, że szkoda było czasu na lekturę. Rozwodzono się – na przykład – o wyprawie i jej efektach, nie mając pojęcia o morzu, o pracy na żaglach, o ich obsłudze, wyciągając za to argument kosztów. Podkreślano kwestie „obciążenia budżetu państwa”, podczas gdy ów budżet dał nam na ten rejs sto dolarów. Na osiem miesięcy i kilka tysięcy mil drogi.

Dalsze losy obu mężczyzn potoczyły się bardzo odmiennie. Janusz Misiewicz powrócił więc na „polskie morze”, mustrował na statki PLO, po latach został kapitanem. Jerzy Tarasiewicz skierował się na południe. Dotarł do Krakowa, na tamtejszym Uniwersytecie zajął się studiami na Wydziale Fizyki, po ich ukończeniu zabrał się w ekscentryczną podróż dokoła świata. W Rijece wsiadł na kolejną szalupę, która otrzymała nazwę „Rozumek”, by wraz ze studentem prawa Wojciechem Białym, Ewą Chudyk i swą przyszłą żoną, Ewą Mykita, zacząć kolejną morską przygodę. Eskapadę, która zakończyła się po trzech miesiącach, na Balearach, w porcie Palma de Mallorca, gdzie 11 listopada 1967 roku wraz z Ewą, opuścił łódkę. Nie pogodzony z peerelowskimi realiami obrał status obywatela świata, emigranta i tułacza. Potem oboje – mając cenzus fizyków – uczyli w szkołach średnich na Karaibach (Tobago i wyspy Małych Antyli), zostali wykładowcami Universidad de Panama, zamieszkali w Ameryce Środkowej (Honduras, Tegucigalpa). W końcu osiedlili się na Wschodnim Wybrzeżu USA, w Nowej Anglii w stanie Maine, czas zimy spędzając nad Zatoką Meksykańską. Na wyspach Florida Keys, gdzie zawsze podziwia się piękno majestatu morza i pełnię barw zachodzącego słońca.

Dzieje sławetnej „Chatki Puchatków” okazały się już mniej barwne i spokojne. Po zdjęciu z pokładu „Oleśnicy”, łódkę postawiono na zapleczu gdyńskiego kasyna Marynarki Wojennej, jako ekspozycję plenerową. Po blisko dwudziestu latach, próbując zrealizować zamysł ówczesnego dowódcy floty, admirała Ludwika Janczyszyna, aby obiekt zaprezentować bardziej wyszukanie, „Chatkę” przeniesiono na Kępę Oksywską. Wybrano tymczasowe składowisko w Wąwozie Ostrowickim, na strzeżonym terenie pochodzącej z przedwojnia Składnicy Amunicyjnej, po czym… najprawdopodobniej o sprawie zapomniano.

Specjalnie oprawiony fragment drewnianego, burtowego poszycia odnalezionej po latach „Chatki Puchatków” powędrował na ręce Jerzego Tarasiewicza

O tym ciekawym eksponacie figurującym na stanie zbiorów wraz z płetwą steru i oryginalną banderką ściągniętą z „puchatkowego” flagsztagu – powiedział badający genealogię jednostki red. Gosk – przypomniano sobie jesienią ubiegłego roku. Wtedy to odnaleźliśmy w lesie zmurszałe na poły, obrośnięte mchem i porostami, zdewastowane resztki szalupy, w której trudno było rozpoznać kształty dumnej niegdyś, mającej historyczną wartość „Chatki”. Po zabezpieczeniu półwraka plandeką, poczekaliśmy do wiosny. Potem ową pozostałość przewieźliśmy na plac jednego z wojskowych magazynów, a teraz czekamy na stosowne decyzje. To prawda, że eksponat ten raczej nie mieści się w profilu naszych muzealnych zainteresowań, ale jest nadzieja, że znajdzie się dla niego odpowiednia lokalizacja. Swego czasu, jak dawało się słyszeć, prezydent Gdyni, pan dr Szczurek, artykułował myśl powstania na końcu dawnej dalmorowskiej kei Muzeum Żeglarstwa. Zebrania pod jednym dachem narodowych pamiątek po morskich wyczynach Polaków. Czy to nie byłoby najlepszym miejscem honorowego spoczynku dla zachowanych fragmentów „Chatki”…?

Spotkanie z Jerzym Tarasiewiczem w zacnych murach Muzeum Marynarki Wojennej to piękna, godna pochwały i gratulacji inicjatywa kierownictwa placówki. Przypomnienie okrytej ciszą zupełnego zapomnienia pierwszej powojennej eskapady na dalekie morza, ma bowiem duży i niezaprzeczalny walor. Przywraca należną pamięć o tych, którzy polskim żeglarzom „otworzyli okno na świat”. Pozwolili uwierzyć, że przemierzanie odległych mórz i oceanicznych bezkresów nie musi stanowić sfery wyobraźni i marzeń.

Na zakończenie spotkania swoje książki opowiadające o przebiegu rejsu podpisywali państwo Ewa i Jerzy Tarasiewicz

Ryszard Leszczyński

Zdjęcia: Cezary Spigarski (także komentarz)

Zdjęcia w specjalnie przez red. Aleksandra Goska przygotowanej na spotkanie prezentacji (kliknij tu) pokazują m.in. losy „Chatki Puchatków” po powrocie do kraju, ale i dokument mówiący o uniemożliwieniu i zablokowaniu morskiej kariery Jerzemu Tarasiewiczowi, po jego artykule wydrukowanym w piśmie emigracyjnym (dop. red.). Zdjęcia w prezentacji pochodzą z: archiwum Jerzego Tarasiewicza, archiwum Akademii Morskiej w Gdyni, Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni