Pokazy technik ratownictwa wodnego na Wydziale Nawigacyjnym UMG pn. „Echa Heweliusza”
13. grudnia br. na Wydziale Nawigacyjnym Uniwersytetu Morskiego w Gdyni odbył się pokaz technik ratowniczych stosowanych podczas ratowania życia na morzu pod znamiennym nawiązaniem do bałtyckiej tragedii: „Echa Heweliusza”. Pokaz poprzedził godzinny wykład dotyczący spektakularnych katastrof statków na morzu w wykonaniu Wojciecha Paczkowskiego z Morskiej Służby Poszukiwania i Ratownictwa SAR. Wykład mający na celu uzmysłowienie młodym słuchaczom zagrożeń i niebezpieczeństw w codziennej pracy na morzu, a także przybliżenie technik ratowniczych, stosowanych przy wypadkach morskich.














Wykładający temat demonstrował materiały mówiące o tragediach, próbach ratowania i podejmowania z morza rozbitków, z zaznaczeniem, że nie wszystkie takie akcje kończą się powodzeniem. Przytoczył m.in. przykład statku pasażerskiego „Doña Paz”, gdzie zginęli znajdujący się na burtach obu statków pasażerowie i załogi, w ilości w przybliżeniu ok. 4400 osób, po zderzeniu statku z tankowcem w 1987 roku. Jak się okazało dane nie są dokładne, statek pasażerski miał na burcie ok. 2000 ludzi ponad limit, brakowało środków ratunkowych, nie było możliwości wezwania pomocy, a tankowiec pływał właściwie „na słowo honoru”, bez jakichkolwiek zezwoleń. Ładunek 8800 baryłek z ropą spowodował pożar tragiczny w skutkach dla obu statków. Przeżyły 24 osoby, a dokładna liczba ofiar nigdy nie została wyjaśniona. Tragedię uważa się za największą w historii przewozów morskich na świecie.
Wojciech Paczkowski wspominał także o bałtyckich katastrofach promów „Heweliusz” i „Estonia”. Mówił o tym, że większość wydarzeń na morzu ściśle łączy się z błędami popełnianymi przez ludzi. Pokazywał różne sposoby pozwalające na ewakuację ludzi zagrożonych ze statków. Mówił, że współczesne szalupy ratunkowe wielkich statków pasażerskich mogą zabierać na pokład nawet 570 (pięćset siedemdziesiąt – rozpisuję tę liczbę, aby nie było wątpliwości – dop. red. CS) osób, a na statkach takich może jednorazowo przebywać nawet 10 tys. osób. Zaznaczył jednak, że możliwości opuszczenia szalup na wodę występują jedynie do 7-8° przechyłu, przy tym duże wątpliwości budzi możliwość wejścia do szalupy takiej ilości osób w momencie pogłębiającego się zagrożenia. Wszystko w takich sytuacjach zależy od czasu pogarszania się sytuacji, a z reguły katastrofy nie pojawiają się przy dobrych warunkach pogodowych.








Przytoczył też sytuację, w której, pomimo niesprzyjającego stanu morza, falach dochodzących do 8 metrów wysokości, ze statku pasażerskiego podjęto i uratowano 1300 osób, po akcji trwającej 19. godzin. I co znamienne armator nie pozwolił nagłośnić tego wydarzenia, nie chcąc złego przedstawienia wizerunku firmy.




Wykładowca uczulał na przypadki wyskakiwania w efekcie paniki ze statków do morza – co często kończy się zgonem wskutek hipotermii czy poważnych urazów. Uzmysławiał, że samo opuszczenie statku, nawet wejście do szalup czy tratw ratunkowych to dopiero początek walki o przetrwanie i rzeczywiste uratowanie.

Po wykładzie grupa studentów wszystkich wydziałów Uczelni prezentowała już konkretne sposoby ratownictwa życia na morzu. Wszyscy studiujący muszą takie szkolenia przejść przed podjęciem pracy na morzu. Prezentowano techniki wskakiwania do wody w kamizelkach ratunkowych i kombinezonach, tzw. „Aquatach”. I tutaj najważniejszym i pierwszym elementem jest wykonanie takiego skoku w pozycji wyprostowanej i z rękoma ściśle przylegającymi i trzymającymi górne części środków ratunkowych dla ochrony szyi, aby zapobiec złamaniom karku po kontakcie z wodą.





















Pokazy odbywały się pod kontrolą wykładowców Studium Wychowania Fizycznego i Sportu UMG, którzy na co dzień prowadzą kursy ITR (Indywidualne Techniki Ratunkowe): dr. Andrzeja Lachowicza, mgr. Mariusza Grabowskiego oraz mgr. Tomasza Zięby. Całość pod auspicjami Studium Doskonalenia Kadr UMG, którego Prezesem jest dr Tomasz Łączyński.


Mogliśmy, oprócz skoków do wody przyjrzeć się sposobom podejmowania rozbitka przez helikopter, wchodzenia do tratwy ratunkowej. A trzeba pamiętać, że tratwa jest tym środkiem, który zawsze pokaże się na powierzchni zagrożonego obszaru – otóż specjalne zwalniaki hydrostatyczne, powodują, że przy tonięciu jednostki tratwa jest automatycznie uwalniana i pompowana, wypływając na powierzchnię. Dlatego też prezentowano sposoby gromadzenia się rozbitków na wodzie w grupy, co w sytuacji zagrożenia może mieć niebagatelny wpływ na wzajemne sobie pomaganie, wchodzenie do środka tratwy i utrzymanie przy życiu.

































































































Oczywiście może się zdarzyć, że tratwa podczas złych warunków pogodowych przewróci się dnem do góry. Wówczas trzeba umieć ustawić ją w prawidłowej pozycji – co również było demonstrowane. Pamiętać jednak należy, że taka czynność musi być doskonale opanowana – na morzu nie będzie żadnej asysty z lądu i trzeba będzie sobie poradzić samemu.























I na koniec wszystkim potencjalnym pracownikom morza życzę, aby nigdy nie musieli wdrażać w życie nabytych podczas szkoleń umiejętności.
Tekst i zdjęcia: Cezary Spigarski




