4 września br. jednym z pierwszych wydarzeń właśnie rozpoczynającego się Baltic Sail 2020 była rozmowa przeprowadzona przez Krzysztofa Romańskiego z Joanną Pajkowską. Znana żeglarka, słynna ostatnio ze swojego samotnego rejsu dookoła świata bez zawijania do portów. Wyczynu tego dokonała na jachcie „Fanfan” w 216 dni (23 września 2018 r. – 28 kwietnia 2019 r.), a efektem, oprócz niezwykłej popularności, stała się doroczna I nagroda Rejs Roku „Srebrny Sekstant” 2019 (zajrzyj tu – kliknij), przyznany w marcu tego roku podczas uroczystej gali.

Po pierwszym pytaniu o to czy jest introwertykiem – stanowczo zaprzeczyła, jest osobą otwartą dla ludzi, a realizacja samotnego rejsu była od wielu lat po prostu śmiałym marzeniem, jeszcze z okresu wczesnej młodości.

Swoją przygodę z żeglarstwem, a jest Warszawianką, rozpoczęła dopiero na studiach, pierwszym jachtem, na którym żeglowała był „Konstanty Maciejewicz” (nie wlicza tu swojego uczestnictwa jako dziecko w żeglowaniu z rodzicami po Zalewie Zegrzyńskim). Później zapisała się do klubu żeglarskiego.

Zapytana o sposób przygotowania do samotnego opłynięcia świata mówiła, że najpierw trzeba mieć jacht, a jej największym problemem było i jest posiadanie jachtu, którego do dzisiaj nie ma. Poznany na Regatach Poloneza niemiecki żeglarz Uwe Röttgering, zaproponował jej uczestnictwo w atlantyckich regatach Twostar w roku 2017, które wspólnie ukończyli na pierwszym miejscu. Później okazał się tym człowiekiem, który odpowiedział Joannie Pajkowskiej na jej nieśmiałe zapytanie o użyczenie jachtu „Fanfan” do samotnej wyprawy dookoła świata: „Wiesz, tak myślałem, że ta łódka by Ci pasowała…” Jak mówiła: „Udawało mi się realizować moje przedsięwzięcia dzięki temu, że mam przyjaciół…” Wyjście z Gdyni na start do Plymuth – zajrzyj tu – kliknij.

Zapytana czego jej brakowało na w sumie tak niewielkiej powierzchni oferowanej przez nieco ponad 12 metrowy jacht, mówiła: „Niczego mi nie brakowało, miałam wszystko, co mogłam sobie wymarzyć – miałam jacht, na którym mogłam płynąć, a np. o braku świeżych owoców nawet nie myślałam. Po prostu kiedy czegoś nie ma, to się cieszę tym co jest. (…) Z uwagi na koszty (sama finansowałam tę wyprawę) miałam żywności liofilizowanej tylko trochę na tzw. najgorsze dni – jest zbyt droga. Tak naprawdę nie jadłam nic ciekawego – miałam obfity zapas zup w proszku i tanich pasztecików, z deserów herbatniki, ale takie niezbyt smaczne, aby na dłużej wystarczyły… Nie łowiłam też ryb – nie potrafiłabym ich zabijać”.

Jak opowiadała chwilę później sen też miała poukładany w innym trybie – w odcinkach 45-minutowych, o czym decydowały względy bezpieczeństwa, a wytrenowany już wcześniej organizm nie potrzebował budzika. Będąc w takich warunkach można spać praktycznie w dowolnym czasie ale, jak mówiła, bardzo pilnowała, aby nadać temu regularną formę.

Kwestie techniczne zaprzątały jej głowę, stwierdziła, że podczas takiej wyprawy musi liczyć się z awariami i obawami czy wszystkiemu podoła i czy nie wydarzy się coś, co nie pozwoli kontynuować wyprawy. Na szczęście do takich zdarzeń nie doszło, a z innymi, czasem z trudem i przeciwnościami wynikającymi z zalewających jacht i żeglarkę fal morskich – jakoś sobie poradziła. Najgorszym zdarzeniem była awaria autopilota i konieczność wymiany go na awaryjnie czekający na swoją kolej samoster wiatrowy, a jego najgorszą wadą nie było to, że leżał i czekał, tylko to, że trzeba go było złożyć z części… Do tego rzecz działa się w okolicach Przylądka Horn, fale były zupełnie nie sprzyjające i musiała spędzić 20 godzin na sterze, aby nie dopuścić do ustawienia się jachtu bokiem do fali, co groziło zatonięciem. I do tego sterowała trochę na intuicyjne wyczucie kierunku rejsu. Później, pomimo pewnej dawki sceptycyzmu, postanowiła dać z siebie wszystko i jednak spróbować złożyć ten wiatrowy samoster. Jak dzisiaj mówi, pomimo pierwotnego braku zaufania, poleca już wszystkim, którzy nie mieli dotąd z takim urządzeniem do czynienia – jego stosowanie… „I z wiatrem płynie, i z falą, przeprosiłam go potem…

Badana dalej przez Krzysztofa Romańskiego: „Ja nie miałam żadnej nudy, naprawdę. Mogę godzinami, jeżeli pogoda pozwala, siedzieć i patrzeć na horyzont, tam zawsze coś się dzieje. Przyglądałam się siedzącemu na dziobie ptakowi, który zajmował się łapaniem latających ryb, płoszonych przez mój jacht, bardzo lubię obserwować albatrosy – piękne olbrzymie ptaki, do tego delfiny, wieloryby i foki – dużo ciekawych przeżyć. (..) Przeczytałam też 75 książek (nagranych) – takiego wyniku nie miałabym na pewno na lądzie.

Miejsca trudnej żeglugi takie, jak Przylądek Horn – starała się w odpowiedniej odległości okrążać, racjonalnie i bezpiecznie je omijać. Powrót do miejsca startu – Plymuth – zamknięcie wokółświatowej pętli przyniosło mieszane uczucia – z jednej strony radość, że cel został osiągnięty, a z drugiej smutek, że to już koniec… Zobacz jak witana była Joanna Pajkowska po zakończeniu rejsu w Pucku – kliknij.

Generalnie rozmowa napełniona była serdecznością i uśmiechem. Wychodzi mi, że Joanna Pajkowska jest osobą bardzo pogodną, z której twarzy w zasadzie uśmiech i radość nie znikają…

I tym akcentem zakończę moje może trochę foto przydługie i tekstowo oszczędne relacje z kilku wybranych fragmentów tegorocznych wydarzeń podczas Baltic Sail 2020, życząc wszystkim uczestnikom i obserwatorom takiej właśnie pogody ducha i w zdrowiu oraz szczęściu dotrwania do przyszłorocznych zmagań zlotowych.

Tekst i zdjęcia: Cezary Spigarski