7 marca w auli gmachu Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku swoje ósme urodziny świętował Męski Chór Szantowy Zawisza Czarny. Było bardzo śpiewnie i przy wypełnionej po brzegi sali. Jak zawsze z poczuciem humoru, z przerwami na małe świąteczne opowieści, prezentowane przez bardzo emocjonalnie z chórem związaną redaktor Mirę Urbaniak, mogącą też z dumą na lewym ramieniu nosić żółtą chustę Bractwa Kaphornowców – znaczy morza, oceany i wiatry nad nimi wiejące nie są jej obce.

Jak wiemy, jest to jedyny znany chór na świecie, dodajmy amatorski, który raz do roku jako załoga obsadza pokład żaglowca „Zawisza Czarny”, wyrusza na nim w rejs i w odwiedzanych portach dając swoje koncerty sławi jego port macierzysty – Gdynię. Założycielem (w roku 2012) jest Jacek Jakubowski, absolwent Wydziału Artystycznego Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, prowadzi chór jako jego dyrygent.

Zdarza się, że do udziału w koncercie zostaje zaproszona jedyna wokalistka tolerowana (jak dotąd) przez tę męską grupę. Jest nią Joanna Knitter, wszechstronnie wokalnie utalentowana, dodająca swoją osobowością wielkiego splendoru, wykładowca Akademii Muzycznej w Gdańsku (poczytaj więcej – kliknij). Oczywiście, może się zdarzyć, że nie wszyscy spośród obecnej na koncercie publiczności poświęcają właściwą uwagę występującym na scenie artystom :)

Podczas przerwy, zgromadzona publiczność mogła uczestniczyć w Jubileuszu 50-lecia upamiętniającego pół wieku grania (dmuchania) na fletach przez Andrzeja „Kadłuba” Kadłubickiego. Otrzymał za to od swoich kolegów – chórzystów na pamiątkę znakomity pergamin z równie znakomitym i dowcipnym przesłaniem, którego ostatni akapit zabrzmiał: „Lat minęło pięćdziesiąt, odkąd kawał zucha, nasz Jubilat „Kadłubek” w swoje flety dmucha. Nie przerwał! Wciąż flet trzymał, wszystkim się zdawało, że trochę zafałszował… A to tak być miało!

Natomiast Jacek Jakubowski, jak na Jubileusz 8-lecia chóru przystało, swoje 8-letnie obserwacje uczestniczących w nim śpiewaków bardzo dokładnie scharakteryzował, zbierając je zwięźle na piśmie, z którym to obecnych zapoznał. Dzięki tej akcji, publiczność mogła już później bez zdziwienia obserwować mimikę twarzy wykonawców, ze szczególnym uwzględnieniem ruchów żuchw i otwarć bądź przymykań powiek. A oto, jak zostali scharakteryzowani podopieczni (dzięki uprzejmości Autora tekstu), poszczególne grupy wokalne pokazywały się publiczności zgodnie z czasem na ich omówienie poświęconym.

Chór jest podzielony, pęknięty na cztery nierówne połowy – basy, barytony, tenory i grupa wymykająca się standardowym podziałom. Chórowi zdarza się scalić na moment i śpiewać tę samą piosenkę w tym samym czasie. To są bardzo wzruszające momenty w moim życiu. Teraz kilka słów o tym, czym się charakteryzują poszczególne sekcje wokalne.

Zacznijmy od barytonów. Barytony śpiewają główną linię melodyczną, a że jest ich wielu, śpiewają wiele melodii, bywa, że w tej samej piosence. Ciekawostką jest to, że im jest ich więcej, tym mniej ich słychać. Nie rozumiem tego paradoksu. A gdy już poznam imiona wszystkich barytonów z czystym sumieniem będę mógł przejść na zasłużoną emeryturę. Jednak polegając na mojej pamięci, mam obawy, że to nigdy nie nastąpi.

Tenory – śpiewają szybko, bo szybko jest lepiej, a jak jest szybciej od innych to jest lepiej, bo wtedy jest wyżej i bardziej tenorowo. Tenorom dyrygent jest zbędny bo nie nadąża z machaniem rękami. Tenory żyją w ciągłym lęku, czy jeszcze jedno wysokie fis – np. w „Farewell…” – nie spowoduje katastrofy. By to fis wydusić z gardła, często podświadomie zamykają oczy, wtedy nie widzą dyrygenta, bo jest im zbędny – cbdu.

Basy – basy mają największe oczy, przez to sprawiają wrażenie wiecznie zdziwionych zaskakującym przebiegiem linii melodycznej. Jednak te wielkie oczy to kwestia poprawnej emisji głosu. Chcąc panować nad basową barwą głosu, trzeba utrzymywać obniżoną krtań. Obniżenie krtani i opuszczenie żuchwy powoduje ściągnięcie skóry twarzy w dół, wygładzenie zmarszczek, ale przede wszystkim te wielkie oczy. Basy to najbardziej pracowita ale i najbardziej wdzięczna w treningu wokalnym część chóru. Hołdując zasadzie – że trening czyni mistrza – cel upatrują nie w prawidłowym opanowaniu swojej partii wokalnej, tylko w samym jej treningu. W związku z tym basom wystarczą 3,4 utwory i można zaczynać od początku.

Wymykający się standardowym podziałom – tu można wyłonić kilka podgrup:

  1. nie, nie nauczę się tekstu na pamięć
  2. nie włożę koszuli w spodnie, nie wyciągnę koszuli ze spodni, nie rozepnę koszuli, nie zapnę koszuli, nie podwinę rękawów, nie opuszczę rękawów…
  3. ja stoję zawsze w 5 rzędzie
  4. nie wyłączę telefonu podczas koncertu
  5. tylko ja znam prawdziwą linię melodyczną i będę ją śpiewać
  6. piwo to nie alkohol i jak się zaraz nie napiję to umrę.

Grupa ta stale się zmienia, jednak w sposób niewłaściwy, bo ciągle rośnie. Normalnie Pan od muzyki z gdańskiej szkoły dla chłopców „Fregata” ma mniejszy ból głowy. A jednak jako całość jest to grupa pozytywnie zakręconych ludzi i tylko z taką będę dalej pływał, grał, śpiewał i nie tylko… Męski Chór Szantowy „Zawisza Czarny” – tygrysy do boju!

Odbyło się też wręczenie pamiątkowych prezentów dowodzącemu chórem dyrygentowi. Wśród ofiarowanych drobnych upominków znalazła się prawdziwa kaszubska tabakiera z rogu krowiego wykonana, dodatkowo zaopatrzona w niezbędne uzupełnienie zawartości w postaci woreczka z tą kaszubską używką, tabaką nazywaną.

Na zakończenie przez wszystkich oczekiwany przebój we wspólnym z Joanną Knitter wykonaniu „Pay me my money down” , owacyjnie nagradzany przez publiczność.

Wszystkie obecne na sali Panie usłyszały serdeczne życzenia na nadchodzące Święto Kobiet, a dwie wybrane otrzymały wiązanki róż czerwonych.

Były też drobne upominki od przybyłych spoza Gdańska – z Poznania i Tolkmicka miłośników Męskiego Chóru Szantowego „Zawisza Czarny”.

I jeszcze kończące występ wspólne z salą wykonanie „Pod żaglami Zawiszy”, nagrodzone gromkimi, na stojąco oklaskami.

Tekst, ze wspomaganiem Jacka Jakubowskiego: Cezary Spigarski (również zdjęcia)