24 stycznia br. w Muzeum Marynarki Wojennej odbyło się spotkanie z ostatnią, dziewiątą książką napisaną przez śp. dr. Ryszarda Leszczyńskiego „Wolność solą znaczona”. Spotkanie uważam trudne, pozbawione możliwości uczestniczenia w nim najważniejszej osoby ‒ Autora książki, której oficjalna promocja odbyła się niemal trzy lata po Jego jakże zaskakującej i niespodziewanej śmierci. Jednak uczestników przyszło niemało, ok. 60 osób, dla których twórczość dr. Ryszarda Leszczyńskiego ma ogromną wagę i nigdy nie umknie ich pamięci.

Po części spotkanie miało charakter wspomnienia przez przyjaciół i czytelników zafascynowanych Jego książkami, będącymi swoistymi pomnikami pamięci o ludziach, których już także w większości brakuje wśród żywych, ale dzięki niestrudzonej pracy badawczej i dokumentacyjnej pozostaną na zawsze w naszej świadomości.

Promowana tego dnia książka, po raz pierwszy w twórczości Autora odbiegająca zawartością od morskich tragedii, opowiada o losach ludzi, którym przyszło z różnych przyczyn opuścić swój kraj w czasach PRL-u, często (albo w większości wypadków) bez możliwości zabrania ze sobą rodzin. Mówi o losach uciekinierów na obczyźnie, ale też porusza historie ich rodzin, którym przyszło zmagać się z jakże okrutnymi, do perfekcji wypełniającymi nakazy komunistycznego systemu opresji, jego urzędnikami.

Spotkanie, odbyte dzięki uprzejmości Zarządu Muzeum MW prowadził jego wicedyrektor Aleksander Gosk, znany również jako dziennikarz, redaktor związany ze sprawami Polski Morskiej, należący też do przyjaciół Autora.

Jako pierwszy głos zabrał, witając przybyłych, podkreślając szczególny charakter spotkania, Dyrektor Muzeum MW Tomasz Miegoń, także przyjaciel, ale także dziennikarz i reporter telewizyjny.

W imieniu własnym, jako wydawcy dzieła, zabrałem głos. Mówiłem o trudnym charakterze tej pracy, o tym, że nie wszystkie historie, które chciał Ryszard Leszczyński opowiedzieć, dał radę napisać ‒ nie zdążył. Mówiłem o telefonie od Niego w styczniu 2021 roku z zapowiedzią gotowości do przystąpienia do naszej pracy nad książką. O gotowości przerwanej niespodziewaną dla niego, ale też dla całego świata chorobą, której nie dał rady przeciwstawić się, odchodząc od nas 25 lutego 2021 roku. Mówiłem o moich korektach (drobnych, raczej literowych i interpunkcyjnych), które przeprowadzałem, bacząc aby przypadkiem nie naruszyć i nie ingerować w styl oraz język polski Autora, dla mnie i dla większości czytelników swoim wybitnym poziomem nieosiągalny. Opowiedziałem też o pewnym problemie moralnym, który mnie w mojej pracy bardzo spowalniał. Tworząc indeks Nazwisk uczestników tej dokumentalnej opowieści, z dużą niechęcią umieszczałem w nim Nazwiska „bohaterów” systemu, oprawców i ludzi złych ‒ lecz świadomość niesamowitej pedanterii historycznej doktora Ryszarda Leszczyńskiego ‒ nie pozwoliła mi tych ludzi pominąć. Oczywiście, jeszcze na początku mojej wypowiedzi podziękowałem wszystkim ludziom dobrej woli, instytucjom i firmom, dzięki którym możliwe było wydanie drukiem książki w bardzo przyzwoitym jej nakładzie.

Głos zabrał, należący do najściślejszego grona przyjaciół, redaktor Władysław Jaszowski, reprezentując Rodzinę dr. Ryszarda Leszczyńskiego oraz wszystkich zaprzyjaźnionych z nim i Jego Rodziną ludzi, z których część (nie wszyscy mogli) przybyła na spotkanie tego dnia. Jak mówił: „(…) od wielu lat trwała nasza przyjaźń, od wielu lat trwało wzajemne zaufanie do tego, co robiliśmy. To jest dziewiąta książka Rysia (jak mówiła obecna tu żona Terenia). Ten Rysio mi osobiście nie pasował, wolałem tak męsko, drapieżnie. Przy ośmiu wcześniejszych promocjach siedział zawsze w mundurze starszego mechanika pierwszej klasy, ze starannie przystrzyżoną, siwą brodą wilka morskiego. Być może trochę przydługie, jak na mężczyznę w Jego wieku włosy, siwe i starannie zaczesane, świadczyły, że pod tym mundurem może być dusza artysty. Dla mnie Ryś był artystą słowa i mistrzem faktu. Każdy fakt był przez niego obracany na wiele stron, prześwietlany zanim znalazł się w książce, a każde słowo było stosowne do sytuacji, dźwięczne, pełne, a zdania nie miały przymiotników ‒ zastępowały je fakty, które budowały całą narrację.” Redaktor Władysław Jaszowski wspomniał też o dość długiej drodze do rozwinięcia się zażyłej ich przyjaźni, jak powiedział: „Ryszard pływał i pisał książki, ja pracowałem na lądzie i pisałem artykuły o gospodarce morskiej.”

Opowiadał o przygodzie Ryszarda z piórem, trwającej od lat 80-tych, o opiniach redaktorów, u których publikował swoje teksty z morza o morzu, jak mówili nie wymagających żadnej ingerencji redaktorskiej. O nagrodzeniu Jego twórczych wysiłków Nagrodą im. Józefa Conrada Korzeniowskiego w 1987 roku. Publikował w ówczesnych periodykach związanych z morzem: „Morze” czy „Tygodnik Wybrzeże”. Jak mówił to był taki pierwszy z nim kontakt, bardzo pośredni, natomiast po raz drugi usłyszał o Ryszardzie w połowie lat dwutysięcznych. Wówczas pierwsza seria książek „Tragedie rybackiego morza”, jej pierwszy tom został zgłoszony w 2004 roku do nagrody, jako Gdańska Książka Zimy (tom wydany w Akademii Morskiej w Gdyni, pod redakcją profesora Jana Kazimierza Sawickiego. Jego wznowienie i kolejne wszystkie książki wydane zostały w naszej Fundacji ‒ dop. red CS) ‒ do Nagrody Artusa.

Opowiadał też o trzecim kontakcie i zaproszeniu do księgarni sopockiej na małą promocję książek Ryszarda Leszczyńskiego i trzeciego już tomu „Ginących frachtowców”. Od tego czasu, dzięki wspólnym znajomym, po odsłuchaniu fragmentu książki czytanego przez aktora Teatru Wybrzeże, kiedy to pomyślał sobie: „(…) usłyszałem język Wańkowicza (…)”, podszedł, porozmawiali i od tego czasu zaczęła się nawiązywać nić ich przyjaźni, uwieńczona zaufaniem, od czwartego tomu „Ginących frachtowców” uczestnictwem Państwa Jaszowskich w redakcji i opiniowaniu tekstów. Jak mówił współpraca trudna, polegająca na wymianie zdań, ale zawsze uwieńczona stawianiem na swoim, ale też z lekką uległością wobec uwag językowych redaktorki i polonistki Anny Jaszowskiej. Mówiąc o częstych, przyjacielskich spotkaniach odbywanych przez wiele ostatnich lat w różnych miejscach: „Ryś, może nie wszyscy o tym wiedzą, był nie tylko artystą słowa, był także uzdolnionym muzykiem. Fortepian stał w domu i nie zawsze można go było zabierać, ale grał też na akordeonie, który zabierał na każde spotkanie. Jak zagrał, to i zaśpiewał ‒ był duszą towarzystwa, osobowością!”. Powiedział też o udziale Ryszarda Leszczyńskiego, z ramienia ministerstwa w Komisji Badania Wypadków Morskich. Kończąc poruszył jeszcze kilka wątków świadczących o niezwykłym przywiązaniu Ryszarda Leszczyńskiego do drobnych, aczkolwiek bardzo jego zdaniem, istotnych szczegółów zdarzeń i zachowań, o których zawsze pamiętał. W kwestii promowanej właśnie książki ciepłe słowa usłyszałem i ja: „Jest to książka niezwykła nie tylko dlatego, że był naszym przyjacielem. Starałem się wspomóc Cezarego Spigarskiego w jego naprawdę bardzo trudnym i wielkim dziele, i nie waham się tego powiedzieć. Jest to książka szczególna, nie wiadomo co w niej jest istotniejsze. Czy to, co jest na stronach jako rozwój wypadków, czy przypisy. Te przypisy mają ogromną wagę, tam jest cała historia ludzi, którzy utrudniali życie innym (…) Ta książka jest dzielona w poziomie, często połowę i więcej strony zajmuje historia o ludziach, którzy niszczyli i utrudniali życie innym ludziom. Pewne nazwiska pojawiają się w sposób, który może zmienić pogląd na niedawną historię naszego regionu.

Jak dodał też prowadzący, Aleksander Gosk: „Dla mnie te książki, cała seria, to przede wszystkim fakty. Docierał do źródeł, wszystko dopracowywał dogłębnie, zajmując się jakimś tematem, zawsze wiedziałem, że w mojej pracy na obecnym stanowisku, czy wcześniej jako dziennikarz – to w książkach Ryszarda Leszczyńskiego znajdę materiał, źródła i punkty odniesienia rzetelnie przygotowane. Te książki mają charakter źródłowy. Rysiek opierał się na źródłach, prowadził kwerendy, wywiady z ludźmi, docierał do wszystkich, których mógł jeszcze na tym świecie znaleźć. Warsztat historyka stał się Jego drugą (po tej morskiej) profesją. Jego książki to źródła związane z morzem, których dotąd tak szczegółowo nie opisywano”.

Kolejnym mówcą był przewodniczący Stowarzyszenia Starszych Oficerów Mechaników Morskich, st. mech. Lechosław Bar. „Ryszard Leszczyński był oficerem. Starsze osoby wiedzą, co niegdyś znaczyło to słowo. Dystynkcja, nieskazitelne maniery i godność. Był typowym przedstawicielem, zawsze uczestniczącym w naszych spotkaniach Stowarzyszenia, żywo dyskutującym na tematy bieżące i sposoby wypowiadania się. Na mnie zawsze robiły ogromne wrażenie dwa elementy, które chciałbym tu przytoczyć. Jestem mechanikiem, ale też zwracam uwagę na język, na sposób wypowiadania się. Język Ryszarda był pięknym polskim językiem. Obecnym tu młodym ludziom polecam lekturę tych książek i sprawdzenie czy ich wiedza pozwala na tak doskonałe władanie językiem polskim. Drugi aspekt to wyciągnięcie z czeluści niepamięci tych wszystkich tragicznych faktów z życia floty, z życia marynarzy. Moje doświadczenia na niwie działalności wokół gospodarki morskiej, m.in. związane z budową żaglowca „Dar Młodzieży”, przypominają mi o dość obiegowej opinii, jak to marynarzom jest dobrze i wesoło. Te książki mówią o ciężkich realiach życia morskiego, wyciągnięcie tych faktów, katastrof, tragicznych momentów z życia polskich marynarzy, polskiej floty ‒ to wszystko niewyobrażalna, potężna praca Ryszarda. Przedostatnia praca umożliwiła Ryszardowi obronę doktoratu, przy tej mielibyśmy do czynienia z habilitacją. Uważam, że te książki przyczynią się jeszcze do napisania niejednego doktoratu. Polecam też czytanie ich, zawsze kiedy chce się przeczytać pięknie napisany tekst o faktach.”

Pozwoliłem sobie jeszcze na dodanie kilku słów w imieniu nieobecnego na spotkaniu kapitana ż.w. Andrzeja Królikowskiego, przewodniczącego Stowarzyszenia Kapitanów Żeglugi Wielkiej w Gdyni. Chodziło mi o to, że za swoją pracę, za zachowanie dla potomnych pamięci ludzi, którym nie dane było wrócić z morza, za tak drobiazgowe i wnikliwe przekazanie nam tych przykrych faktów, które z nami pozostaną już na zawsze, dając wiele do myślenia ‒ gdyż do większości tragicznych zdarzeń doszło z winy człowieka. Przy okazji promocji czwartego tomu „Ginących frachtowców” Ryszard Leszczyński został tu, na tej sali, przyjęty w poczet Honorowych Członków Stowarzyszenia KŻW ‒ stał się w pewnej mierze Kapitanem Żeglugi Wielkiej, i jak głośno zauważyła jedna z pań obecnych na spotkaniu: „Choć mechanik! :).”

Zanim Aleksander Gosk zapowiedział kolejnego mówcę, zauważył, że książka zawiera potężny materiał archiwalny dotyczący ucieczki kapitana Jana Ćwiklińskiego z tss. „Batory”, a wśród gości obecny jest syn kapitana, Janusz Ćwikliński, z którym Ryszard Leszczyński prowadził długie rozmowy i ich obszerny ślad znajduje się w tej książce. (Dodam, że niesamowity, jedyny w Polsce, w tak bogatym zakresie materiał archiwalny, dotyczący m.in. pobytu kapitana Jana Ćwiklińskiego na obczyźnie ‒ zebrał, zgromadził i przekazał do użytku autorskiego, mieszkający w USA, również z morskimi korzeniami pasjonat morskiej historii Polski ‒ Andrzej Niemczyk, który bardzo chciał osobiście pojawić się na spotkaniu, lecz z przyczyn zdrowotnych przełożył swój przyjazd ‒ dop. red. CS).

Przyszła kolej na zabranie głosu przez Tomasza Falbę, redaktora i publicystę morskiego, recenzenta książek morskich. Zaznaczył, że ma o tyle dobrą sytuację, że nigdy nie miał okazji osobistego poznania Ryszarda Leszczyńskiego. „Szanuję Jego książki, czytałem je, ale dzięki temu, że go nie znałem ‒ podszedłem do tej książki jako czytelnik i mogę ocenić ją swobodnie, nie czując zobowiązania w stosunku do Pana doktora Ryszarda Leszczyńskiego.” Mówił o zawodowym podejściu do czytania książek, przeczytał ich bardzo dużo, nawet z obowiązkiem wyszukiwania morskich tytułów dotąd nie nagłośnionych. Mówił, że dzięki temu elementowi wykonywanej pracy, nauczył się oddzielać ziarno od plew „(…) i zapewniam Państwa, że po przeczytaniu tej książki, a miałem przyjemność być jednym z jej pierwszych czytelników, twierdzę, że mamy do czynienia z dziełem wyjątkowym, znakomitym (…) Dla wszystkich, którzy będą czytali tę książkę będzie ona dziełem skończonym. (…) Książka uczy pokory. Mnie zdarzyło napisać się, jak uważałem kilka dobrych tekstów o ucieczkach polskich marynarzy, rybaków, żeglarzy w okresie PRL-u. Ale, proszę Państwa, jeżeli przeczytacie tę książkę ‒ nie czytajcie moich tekstów! Czerwienię się, po przeczytaniu tej książki widzę, jak niewiele wiedziałem, i jak niewielką część tej historii opowiedziałem. (…) To jest książka zaskakująca, tu jest wykonana tytaniczna praca, zawierająca rzeczy dotąd nie pokazywane, fenomenalna. Materiały dotyczące powołania firm armatorskich przez kapitana Jana Ćwiklińskiego ‒ tego jeszcze u nas nie było, a wszyscy powtarzali te same informacje, te same fotografie. (…) Wydaje się, że nie można pisać o PRL-u bez dostępu do dokumentów i materiałów IPN-u, a jest cała masa autorów, którzy piszą, a nigdy tam nie byli. Realizowałem dwa lata pracę badawczą w IPN-nie dotyczący działalności organów bezpieczeństwa państwa wobec gospodarki morskiej i zapoznając się z większością dokumentów ‒ w karcie zapoznania się z dokumentem byłem pierwszym, a często jedynym czytelnikiem. I dlatego ta książka mi się bardzo podoba ‒ ona pracuje m.in. na tych właśnie dokumentach.”

Książka rozbija stereotyp. Mamy ucieczki na zachód dosyć zmitologizowane: albo zdrajcy, zaprzańcy i ludzie, którzy wyparli się Polski, albo bohaterowie (przykładowo niemądry, trapiący wielu dylemat czy pułkownik Kukliński był bohaterem, czy zdrajcą). Tu tego nie ma, to jest dla mnie bardzo pocieszające, ta książka pokazuje, że ani bohaterowie, ani zdrajcy. Po prostu ludzie, którzy chcieli żyć inaczej i ich decyzje miały konsekwencje także dla ludzi, którzy tu zostali. (…) Następna rzecz, o której chcę powiedzieć. Dla mnie ta książka jest jednak wyrzutem sumienia. Takich książek, jak ta i poprzednie (Tragedie rybackiego morza, Ginące frachtowce i Katastrofy i wypadki floty pomocniczej PMH 1926-2016) nikt dzisiaj nie pisze. Dotyczy to zarówno floty handlowej, jak i Marynarki Wojennej. Ludzie, którzy zajmują się profesjonalnie badaniem historii polskiej floty to margines marginesów. Projektów badawczych prawie nie ma i kiedy znajdzie się taki „wariat”, i zrobi to TAK, to jakby powiedzieli dzisiaj młodzi ludzie: MEGASZACUN! Po doktorze Ryszardzie Leszczyńskim nikt nie napisze książek dotyczących historii floty handlowej okresu PRL-u bez zaglądania do Jego dzieł.”

Tomasz Falba zauważył też, pokazując pierwsze strony książki, że do jej wydania przyczynili się sponsorzy: ludzie, firmy i instytucje, chwaląc i określając darczyńców jako tych, którym zależy na historii polskiej floty. Stwierdził też, że książka nie jest doskonała, mówiąc, że nie ma takich książek. „Są w niej rzeczy, z którymi można dyskutować, są rzeczy, z którymi kłóciłem się czytając. (…) Moim zdaniem nie ma gorszej rzeczy dla autora, kiedy książkę uzna się za fajną, grubą i… odstawi na półkę. Myślę, że próba dyskusji z autorem jest dowodem przeczytania, przeżycia, zrozumienia i zawiera dla czytelnika istotną treść, co powinno każdego autora cieszyć.”

Kończąc wyraził jeszcze swój żal nie tyle do książki, ale żal do Autora. „Żal jest taki, że nie mogę uściskać prawicy Pana doktora Ryszarda Leszczyńskiego.”

Kulminacją spotkania stało się przystąpienie do wodowania. Rolę Matki Chrzestnej przyjęła na siebie żona Ryszarda, Teresa Leszczyńska. Ale nie samodzielnie. Podzieliła się swoją powinnością z wnuczką Helenką. Po wypowiedzeniu tradycyjnej formuły chrztu książki morskiej, wręczyła wnuczce różę, aby po umoczeniu jej w szampanie mogła dokonać pokropienia „wodowanej” książki.

Napisałem z nadzieją, że nie zanudzę czytelników, obszerną relację z tego spotkania. Doktor Ryszard Leszczyński pozostawił po sobie tysiące stron pamięci o ludziach morza, ich tragicznych i dramatycznych losach. Niech zatem te kilka stron przyczyni się do zachowania pamięci o tym niezwykłym człowieku, Jego dokonaniach literackich, dokumentacyjnych i stworzenia obszernego fragmentu historii Polski Morskiej.

Tekst: Cezary Spigarski

Zdjęcia: Henryk Nagrodzki/MMW, Tadeusz Lademann, Cezary Spigarski

Previous

Położenie stępki pod budowę ORP „Henryk Zygalski” w Remontowa Shipbuilding S.A.

Next

Profesor Antoni F. Komorowski przeszedł na emeryturę

Zobacz również